„Ruhrpolen“ – Polacy z Zagłębia Ruhry

Towarzstwa Modzieży Polskiej w Herne-Horsthausen, 1916-1919
Towarzstwa Modzieży Polskiej w Herne-Horsthausen, 1916-1919

Info

Od zjednoczenia Niemiec do pierwszej wojny światowej wyemigrowało ponad pół miliona mieszkańców wschodnich prowincji pruskich do zagłębia przemysłowego nad Renem i Ruhrą. Ludność ta, określana później terminem „Ruhrpolen”, posługująca się na co dzień dialektami języka polskiego podejmowała na zachodzie Niemiec pracę w przemyśle i organizowała się w początkowym okresie osiedlenia na podstawie swojego regionalnego pochodzenia. Z biegiem czasu wytworzyło się ożywione życie kulturalne i społeczne. Wskutek dramatycznych zmian politycznych w następstwie pierwszej wojny światowej i powstaniu państwa polskiego w 1918 r. powróciło około jednej czwartej ludności polskiej znad Ruhry do Polski. Również około jedna czwarta wyemigrowała dalej do francuskich, belgijskich i holenderskich regionów przemysłowych. Pozostała polska ludność w zagłębiu przemysłowym nad Renem i Ruhrą podlegała z czasem złożonym procesom integracji i asymilacji. Natomiast kilkadziesiąt tysięcy „Ruhrpolen” nadal pielęgnowało swoje regionalne i narodowe tradycje i zrzeszało  się w różnych organizacja i stowarzyszeniach, m.in. w założonym w 1922 r. Związku Polaków w Niemczech.

Wstęp

Aby wyrobić sobie obraz tego, jak bliskie jest genealogiczne pokrewieństwo między Polakami a Niemcami – przynajmniej nad Renem i Ruhrą – wystarcza rzut oka do dwutomowego leksykonu nazwisk polskiego pochodzenia z Zagłębia Ruhry. Autorzy tego dzieła tylko w oparciu o książki telefoniczne z tego regionu z lat 1994–1996 ustalili 30 tys. osób noszących polskie nazwiska. A nie uwzględnili przy tym ani niemieckich wariantów polskich nazwisk, zmian nazwisk lub zgermanizowanych form pierwotnie polskich nazwisk, ani ukrywających się za wpisami z książek telefonicznych członków rodzin albo osób bez telefonu czy też z numerami zastrzeżonymi.[1]

Tło tej sytuacji tworzą liczne skierowane na zachód migracje z ziem zamieszkałych przez ludność etnicznie polską lub z państwa polskiego, które od połowy XIX wieku aż do dziś, ze szczególnym wszakże natężeniem w okresie 1870–1920, kierowały się do nadreńsko-westfalskiego okręgu przemysłowego.

Te ruchy migracyjne, określane ogólnym terminem „ucieczki na zachód” oraz „ucieczki z terenów wiejskich”, inaczej niż współczesna im emigracja zaoceaniczna miały charakter wewnętrzny, realizując się w obrębie Prus tudzież Rzeszy Niemieckiej. Migranci byli obywatelami pruskimi, którzy na mocy prawa o swobodzie poruszania się z listopada 1867 roku mogli swobodnie decydować o tym, gdzie podejmą pracę i osiedlą się. Wedle szacunków badaczy, opracowanych w oparciu o pruskie statystyki, w okresie tym do okręgu przemysłowego nad Renem i Ruhrą wywędrowało ponad pół miliona polskich czy też polskojęzycznych mieszkańców wiejskich obszarów wschodnich prowincji pruskich.[2]

Jednak najnowsze badania i skonfrontowanie konkretnych statystyk migracyjnych z określonych regionów, m.in. Górnego Śląska, w zestawieniu z brakiem precyzji i celowymi manipulacjami pruskich statystyk, nie dokumentujących wysokiej fluktuacji i zmienności kierunków wędrówek, wskazują na znacząco wyższą liczbę osób, które około 1900 roku przynajmniej przejściowo zamieszkiwały i pracowały nad Renem i Ruhrą.[3]

Migranci, dla których w literaturze badawczej utworzono pojęcie „Ruhrpolen” („Polaków z Zagłębia Ruhry”), pochodzą w około 30 proc. z Prowincji Poznańskiej i w podobnym odsetku z Prus Wschodnich, przede wszystkim z Mazur (polskojęzyczni protestanci)[4] oraz z na ogół polskojęzycznej, lecz katolickiej, południowej Warmii. Obok tych dwóch największych grup występują też kilkudziesięciotysięczne społeczności migranckie z Prus Zachodnich wraz z Kaszubami oraz z Prowincji Śląskiej, tu przede wszystkim z południowej części rejencji opolskiej (polskojęzyczni i katoliccy Górnoślązacy). Przyczyn tych prądów migracyjnych należy szukać głównie w czynnikach ekonomicznych. Narastający w XIX wieku przyrost demograficzny doprowadził do przeludnienia obszarów wiejskich, słabo rozwiniętych przemysłowo lub w ogóle nie posiadających przemysłu (za wyjątkiem Górnego Śląska), nie gwarantujących młodym ludziom szans zatrudnienia, oferujących kiepskie warunki bytowe i zerowe perspektywy życiowe.[5]

 

[1] Rymut, Kazimierz/Hoffmann, Johannes (red.): Lexikon der Familiennamen polnischer Herkunft im Ruhrgebiet, 2 tomy, Kraków 2006, s. XXXV–XXXVI. 

[2] Por. m.in. Murzynowska, Krystyna: Die polnischen Erwerbsauswanderer im Ruhrgebiet während der Jahre 1880–1914, Dortmund 1979, s. 25–26. Także inni badacze, jak Witold Matwiejczyk albo Valentina-Maria Stefanski, powołują się na informacje Murzynowskiej i statystyki pruskie.

[3] Skrabania, David: Keine Polen? Bewusstseinsprozesse und Partizipationsstrategien unter Ruhrpolen zwischen der Reichsgründung und den Anfängen der Weimarer Republik, s. 45–47 (niepublikowana praca doktorska, Bochum 2018, manuskrypt do wglądu w Porta Polonica).

[4] Wśród tzw. „Ruhrpolen“ znajdowali się też Mazurzy, którzy ze względu na swoją specyfikę w niniejszym tekście nie są uwzględnieni. Okoliczności i przyczyny procesów migracyjnych Mazurów do zagłębia przemysłowego nad Renem i Ruhrą cechują się dużym podobieństwem do migracji z innych pruskich prowincji wschodnich. Także w przypadku Mazurów mamy do czynienia z polskojęzyczną i słowiańską ludnością, która wprawdzie od XVII wieku politycznie znajdowała się w granicach królestwa pruskiego, jednak zachowała aż do XX wieku pewne cechy charakterystyczne, np. jeżeli chodzi o protestantyzm przesiąknięty silnie elementami katolicyzmu lub o używaną gwarę – dialekt staropolski. W zagłębiu przemysłowym nad Renem i Ruhrą Mazurzy długo odseparowywali się zarówno od innych polskojęzycznych migrantów jak i od niemieckojęzycznego społeczeństwa. Niemniej po części konfesja oraz monarchistyczne pruskie poglądy Mazurów ułatwiały ich intergrację i asymilację w społeczeństwie nad Renem i Ruhrą. Wydaje się jednak, że dwa inne czynniki odegrały w tym ważniejszą rolę: Po pierwsze mające rolniczy charakter, słabo zaludnione i ekonomicznie mało rozwinięte Mazury nie dawały za wiele możliwości do powrotu i zapewnienia bytu materialnego, po drugie dziesiątki mazurskich wsi zlikwidowano wraz z emigracją ich mieszkańców i kaznodzieja do Westfalii lub straciły one znaczną część swoich mieszkańców na skutek tych migracji. Dla dużej części Mazurów powrót do ojczyzny już w momencie emigracji lub krótko później był zatem praktycznie wykluczony. Por. Kossert, Andreas: Masuren. Ostpreußens vergessener Süden, Berlin 2001; Jasiński, Grzegorz: Mazurzy w drugiej połowie XIX wieku. Kształtowanie się świadomości narodowej, Olsztyn 1994.

[5] Kleßmann, Christoph: Polnische Bergarbeiter im Ruhrgebiet 1870–1945. Soziale Integration und nationale Subkultur einer Minderheit in der deutschen Industriegesellschaft, Göttingen 1978, s. 24–27.

Początki ruchu migracyjnego

Pierwsze potwierdzone źródłowo grupy polskich robotników przybyły do Zagłębia Ruhry, a konkretnie do Bottropu, na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku. Byli to fachowcy, górnicy z Górnego Śląska, których średnia wieku wynosiła około 30 lat i którzy mieli zaradzić brakowi doświadczonych pracowników w nowo otwartych kopalniach Zagłębia Ruhry.[6] Po kilku latach zapotrzebowanie na wykwalifikowanych górników zaspokoili absolwenci westfalskich szkół górniczych, jednak ogólnego zapotrzebowania na ręce do pracy nie dało się nasycić robotnikami z niemieckojęzycznych regionów sąsiadujących z Westfalią albo bardziej odległych, jak z Hunsrück. Wówczas to dziesiątki tysięcy młodych mężczyzn – niekiedy niepełnoletnich – ruszyło ze wschodniopruskich, wiejskich rejonów do nadreńsko-westfalskiego okręgu przemysłowego, celem podjęcia pracy w miejscowych kopalniach i fabrykach. Odważni, którzy wyruszyli wówczas w daleką drogę z wiosek na wschodzie Prus, stali się wzorami, „wielkimi bohaterami”, dla kolejnych pokoleń, którym wytyczyli ścieżki na Zachód: „Kiedy kto miał 20 mk [na bilet kolejowy – przyp. aut.], wyjeżdżał do Westfalii, a kiedy czekał, jak będzie miał 16 lat życia, to pojedzie na Westfalię na wielki zarobek.”[7] Bowiem o ile pierwsi górnicy werbowani byli do pracy nad Ruhrą niemal wyłącznie przez profesjonalnych werbowników, to z biegiem czasu równolegle do tego systemu wytworzyło się ściąganie nowych pracowników poprzez ustną propagandę w rodzinnych wioskach pionierów migracji, poprzez korespondencję między miejscowością docelową a ojczystą, jak też za pośrednictwem członków rodzin, sąsiadów i znajomych pierwszych migrantów. Ten model migracji, który wykracza daleko poza socjologiczną koncepcję migracji łańcuchowej, można najlepiej opisać jako migrację pionierską.

Masowe migracje możliwe stały się dzięki coraz gęstszej od połowy XIX wieku sieci kolejowej w Europie Środkowej i Środkowo-Wschodniej. Wraz z wprowadzeniem czwartej klasy bilety kolejowe staniały i w ten sposób kolej żelazna wsparła mobilność mas w nieznanym dotąd stopniu. Koszt biletu za dwudniową podróż z dworca kolejowego we wschodnich prowincjach do Westfalii odpowiadał w przybliżeniu tygodniowej płacy prostego górnika i był częstokroć pokrywany w drodze zbiórki przez członków rodziny, znajomych albo ściągającą pracownika kopalnię.[8] Nadreńsko-westfalski okręg przemysłowy stał się obiektem tęsknot dziesiątek tysięcy młodych mężczyzn (a z czasem także kobiet), szukających nie tylko środków do życia, ale także polepszenia życiowego standardu: „Niejeden młody człowiek, pełen chęci do wędrówki do bogatszych krajów […] niedługo się zastanawiał, ale ruszał w krainę swych marzeń. Z ust jego płynęły hymny pochwalne o tym nieznanym kraju; każdy Polak z Poznańskiego albo ze Śląska znajdujący się w opłakanej sytuacji, słuchając takich pochwał, odczuwał wielką radość i zarazem pragnienie dotarcia do owej szczęśliwej ziemi“.[9]

 

[6] Por. Budraß, Lutz: Von Biertultau (Biertułtowy) nach Batenbrock. Oberschlesier in Bottrop, w: Budraß, Lutz/Kalinowska-Wójcik, Barbara/Michalczyk, Andrzej (red.): Fallstudien zur Geschichte des oberschlesischen Industriereviers im 19. und 20. Jahrhundert, s. 124–127.

[7] Hurski, Ludwik: Z pamiętnika Westfaloka, wstęp i redakcja Henryk Olszar (Źródła do dziejów Kościoła Katolickiego na Śląsku, nr 5, red. Jerzy Myszor), Katowice 2014, s. 39 [za przekładem z j. niemieckiego]. 

[8] Kurek, Jacek: Kolej i tożsamość. Kilka sugestii ze Śląskiem i Galicją w tle, w: Keller, Dawid (red.): Znaczenie kolei dla dziejów Polski. Studia z historii kolejnictwa, Rybnik 2012, s. 16; Hurski: Z pamiętnika, s. 45–48. 

[9] Geschichte einer polnischen Kolonie in der Fremde. Jubiläumsschrift des St. Barbara-Vereins in Bottrop, Oberhausen 1911, w: Kirche und Religion im Revier. Beiträge und Quellen zur Geschichte religiöser und kirchlicher Verhältnisse im Werden und Wandel des Ruhrgebiets, 1968; przekład z 1954 r., s. 1–2.

Regionalny charakter ludności napływowej 

Większość polskich emigrantów w Zagłębiu Ruhry należała do wiejskiej ludności o zachodniosłowiańskim pochodzeniu, posługujących się dialektami lub gwarami języka polskiego. Jeśli chodzi o zwyczaje i tradycje to w swoich regionach pochodzenia byli oni mocno osadzeni w regionalnych i lokalnych kontekstach, nie mając przy tym niemal w ogóle kontaktu z niemieckojęzycznymi elitami. Przestrzeń wioski była dosyć wyizolowana, posiadała własne hierarchie, reguły i rytuały. Kalendarz regulowały święta kościelne, a fizyczna mobilność poszczególnych mieszkańców była mocno ograniczona.[10] Do tego dochodziła specyficzna religijność ludowa, występująca na polskich obszarach rozbiorowych, determinująca koncepcje moralne i systemy wartości ludzi, ich działania i myślenie, tym samym stanowiąc jeden z decydujących czynników kształtujących świadomość społeczną.[11] Jednak pomimo wszystkich ograniczeń – albo może raczej dzięki nim – strony ojczyste oferowały również bezpieczeństwo; pierwsza migracja robotników prowadziła zatem do zupełnego wykorzenienia z tradycyjnego środowiska społecznego i kulturowego. Doświadczanie obcości, nieznajomość języka i niezrozumienie lokalnych kontekstów i uwarunkowań, a przy tym brak własnych elit, które mogłyby zaoferować struktury, postawy, a także opiekę duszpasterską, doprowadziły, szczególnie w pierwszych latach emigracji, do problemów społecznych,[12] potęgowanych przez ciężką pracę pod ziemią, której wielu wcześniej nie znało: „Ale te wszystkie cierpienia fizyczne były ‚kroplą wody w morzu‘ w porównaniu z cierpieniami moralnymi […] Bałem się tych ciemności, które mnie otaczały. Ciągle na myśl przychodziły mi różne ‚duchy‘, którymi karmiono nas w opowiadaniach i bajkach. Wyobrażałem sobie, że jeżeli takie duchy istnieją, to mogą żyć tylko w takich ciemnościach.”[13]

W oparciu o lokalne i regionalne powiązania i postawy mentalnościowe, religijność ludową wyniesioną z ojczystych stron oraz specyficzną formę migracji pionierskich, powstały dzielnice mieszkaniowe o regionalnym charakterze, jak również system stowarzyszeń o religijnym i regionalnym profilu. Daleko idąca ciągłość struktury osadniczej w rejonach pochodzenia i na terenach docelowych wspierana była poprzez budownictwo osiedli kopalnianych oraz rozwijający się system podnajmu. Jeśli rodzinom robotniczym udawało się wynająć własne mieszkania, wtedy starały się zwiększyć swoje dochody poprzez przyjmowanie i utrzymywanie podnajemców. W pierwszym rzędzie przyjmowano krewnych, znajomych i sąsiadów z ojczystych stron, albo osoby, które pochodziły z własnego środowiska, cieszyły się dobrą opinią i wyznawały tę samą religię, co przyjmująca ich rodzina. Wynikający stąd mechanizm zaufania rozwijał się bardzo wolno i wraz z rosnącą długością pobytu w okręgu nadreńsko-westfalskim obejmował także potencjalnych podnajemców z innych obszarów pochodzenia. W ten sposób w miejscu docelowym powstały całe ciągi ulic, osiedla i dzielnice miast, które w znacznej mierze zamieszkałe były przez migrantów z określonych regionów na wschodzie Prus.[14] Dla przykładu, przybysze z Prowincji Poznańskiej koncentrowali się ogólnie rzecz biorąc głównie w określonych okolicach Dortmundu, Bochum i Essen, rejon Gelsenkirchen stanowił trzon osadnictwa Mazurów,[15] podczas gdy Górnoślązaków można było spotkać przede wszystkim w północnej części Zagłębia Ruhry, w Bottrop, Gladbeck, Borbeck, Osterfeld i w okolicach.[16]

 

[10] Skrabania: Keine Polen?, s. 93–95.

[11] Tamże, s. 104–105.

[12] Matwiejczyk, Witold: Katolickie towarzystwa robotników polskich w Zagłębiu Ruhry 1871–1894. Rozwój organizacyjny a świadomość narodowa, t. 1, Lublin 1999, s. 87.

[13] Pamiętniki emigrantów 1878–1958, przedmowa Kazimierz Koźniewski, Warszawa, s. 23.

[14] Por. Budraß: Von Birtultau, s. 127–133.

[15] Kornatowski, Wiktor/Malczewski, Kazimierz (red.): Wspomnienia Opolan, Warszawa 1960, s. 103–104.

[16] Kleßmann, Christoph: Integration und Subkultur nationaler Minderheiten. Das Beispiel der „Ruhrpolen“ 1870–1939, w: Bade, Klaus J. (red.): Auswanderer. Wanderarbeiter. Gastarbeiter. Bevölkerung, Arbeitsmarkt und Wanderung in Deutschland seit der Mitte des 19. Jahrhunderts, Ostfildern 1984, s. 491.

Stowarzyszenia Polaków w Zagłębiu Ruhry pomiędzy agitacją polsko-narodową a dyskryminacją ze strony urzędów państwowych

Podobny był mechanizm rozwoju systemu stowarzyszeń Polaków z Zagłębia Ruhry. Brak własnych struktur społecznych i pragnienie kontaktu i spędzania czasu wolnego poza światem pracy, od 1877 roku w ramach polskiego środowiska w Zagłębiu Ruhry zaczęły powstawać własne organizacje. W latach 1885–1893, kiedy kuria biskupia w Paderborn wyznaczyła na duszpasterzy Polaków nad Renem i Ruhrą księży Józefa Szotowskiego i Franciszka Lissa. Pod kierunkiem tych dwóch polskich duchownych, pochodzących z Prus Zachodnich, wzrosła liczba zakładanych stowarzyszeń, które zyskały przy tym zdecydowanie religijny charakter, co manifestowało się m.in. w symbolice związkowej i w wyborze świętych na patronów tych organizacji. Działalność polityczna była w nich wykluczona, obok celów wyznaniowych służyły podnoszeniu poziomu moralnego i obyczajowego mas ludowych, kultywowaniu tradycji, a także oferowały swym członkom ochronę i wsparcie:[17] „Towarzystwo podnosi wychodźcę na duchu, urozmaica mu jednostajność dni i szarą nieraz dolę. A zwłaszcza robotnik industryjny więcej niż ktokolwiek potrzebuje podniety duchowej, bo inaczej jednostajne zajęcie przemieniłoby go w maszynę.”[18]

Przez wiele lat polsko-katolickie stowarzyszenia cechowały się regionalnym charakterem, odnoszącym się do regionu pochodzenia swoich członków. I tak w szeregach Związku św. Barbary z Schalke w zgodzie z paragrafem 2 statutu mógł się znaleźć tylko „nieposzlakowany górnośląski robotnik wyznania katolickiego”.[19] Nawet jeśli element określający regionalne pochodzenie członków stopniowo znikał ze statutów poszczególnych stowarzyszeń, to przecież ze względu na opisane powyżej struktury osadnicze w poszczególnych okręgach Zagłębia Ruhry organizacje te mimo wszystko posiadały silnie regionalny charakter. Po odwołaniu ks. Lissa z funkcji polskiego duszpasterza w roku 1893 i po przejęciu założonej i prowadzonej przezeń gazety „Wiarus Polski” przez Jana Brejskiego, polskiego wydawcę i polityka, coraz bardziej wzmacniano narodowy polski charakter stowarzyszeń. Narodowe elity próbowały zwiększyć swoje wpływy w związkach, na przykład poprzez wygłaszanie wykładów i odczytów o historii i kulturze Polski albo poprzez organizację uroczystości o narodowym charakterze, takich jak święta Kościuszkowskie albo wspomnienia uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Katolicki charakter stowarzyszeń miał zostać zredukowany do roli elementu narodowej polskiej tożsamości.[20]

Z czasem wysiłki te zaczęły przynosić owoce i wśród niektórych polskich emigrantów z Zagłębia Ruhry rozwinęła się narodowa polska świadomość, która przekształcała dotychczasowe lokalne, regionalne i religijne składowe wcześniejszej świadomości. Istotne znaczenie miał również fakt, że to przede wszystkim polskie organizacje stały się celem dyskryminacyjnej polityki władz Prus. Doświadczenia Kulturkampfu Bismarcka, jak również odwołanie pod naciskiem władz pruskich polskich duszpasterzy, ks. ks. Szotowskiego i Lissa, zwiększyły nieufność polskich emigrantów wobec instytucji państwowych, zaś coraz rozleglejszy od późnych lat dziewięćdziesiątych XIX wieku nadzór policyjny nad imprezami polskich organizacji, czego punktem szczytowym było powstanie w 1909 roku w Bochum Centralnego Urzędu ds. Nadzoru nad Ruchem Polskim – tzw. Urzędu Nadzoru nad Polakami – doprowadził do tendencji konsolidacyjnych wśród polskich migrantów znad Ruhry. Władze przestały ufać nawet statutom związków, które wykluczały działalność polityczną: „Chociaż wedle statutów tego związku nie powinno uprawiać się polityki, to jednak należy przyjąć, że i tu, jak w innych polskich związkach, werbuje się jawnie zwolenników polskiej sprawy narodowej“.[21]

 

[17]Matwiejczyk, Witold: Zwischen kirchlicher Integration und gesellschaftlicher Isolation. Polnische Katholiken im Ruhrgebiet von 1871 bis 1914, w: Dahlmann, Dittmar/Kotowski, Albert S./Karpus, Zbigniew (red.): Schimanski, Kuzorra und andere. Polnische Einwanderer im Ruhrgebiet zwischen der Reichsgründung und dem Zweiten Weltkrieg, Essen 2005, s. 13–14.

[18]Wachowiak, Stanisław: Polacy w Nadrenii i Westfalii, Poznań 1917, s. 108.

[19]STAM-RA I Nr. 124, cyt. za: Brandt: Die Polen, s. 61.

[20]Skrabania: Keine Polen?, s. 79–82.

[21]StA Recklinghausen, AA1723, Landrat Recklinghausen do władz gminnych powiatu, 15 III 1909 r., k. 157.

Dyskryminacja ludności polskiej przez władze znacznie wzrosła już w poprzednich latach. Tak zwany paragraf językowo-kagańcowy, będący częścią ogólno niemieckiej ustawy o stowarzyszeniach z 1908 roku, poważnie ograniczył możliwości publicznego posługiwania się językiem polskim w tych powiatach, w których w świetle ostatniego spisu powszechnego mniej niż 60 proc. ludności deklarowało język polski jako macierzysty.[22] Ponadto nowelizacja ustawy o osadnictwie z 1904 roku wraz z powstaniem w 1908 roku Komisji Kolonizacyjnej na niektórych obszarach wschodniopruskich, do których próbowano ściągnąć niemieckich osadników, sprawiły, że nabycie ziemi bądź budowa domu we wschodnich prowincjach stały się niemal niemożliwe dla polskich Prusaków. Przekreśliło to marzenia wielu Polaków z Zagłębia Ruhry o powrocie do ojczystych stron oraz zakupie domu i gospodarstwa rolnego.[23] W życiu codziennym i związkowym Polaków znad Ruhry dochodziło do absurdalnych sytuacji, jak na przykład w 1904 roku w Wanne, gdzie zakaz używania języka polskiego na lekcjach przygotowania do pierwszej komunii świętej, podczas spowiedzi, chrztów i ślubów oraz pogrzebów uzasadniono walką z „polską agitacją polityczną”.[24] Pojęcie polityczności niektóre władze samowolnie rozszerzały na niemal wszystkie sfery życia społecznego i religijnego, dochodząc do wspomnianych ingerencji w obszar religijny, które wśród bardzo religijnej społeczności polskich migrantów spotkały się z niezrozumieniem, wywołując niekiedy gwałtowne wzburzenie.

W roku 1912 w nadreńsko-westfalskim okręgu przemysłowym działało prawie 900 stowarzyszeń założonych przez polskich emigrantów, liczących łącznie ponad 80 tys. członków.[25] Liczbę tę należy jednak pomniejszyć ze względu na wysoki odsetek wielokrotnych członkostw, bowiem nierzadko jedna osoba należała jednocześnie do kilku związków.[26] Wspomnieć też trzeba, że znaczna część ogólnej liczby członków stowarzyszeń przypada na założone w 1902 roku Zjednoczenie Zawodowe Polskie – dziesięć lat po powstaniu liczyło ono w samym tylko Zagłębiu Ruhry około 30 tys. członków.[27] Jego sukces opierał się z jednej strony na prostej strukturze z licznymi oddziałami w poszczególnych miejscowościach i dzielnicach miast nadreńsko-westfalskiego okręgu przemysłowego, a z drugiej strony na zróżnicowaniu oferty. Członkostwo oferowało rozległą ochronę ubezpieczeniową i pracowniczą dla członka, a w przypadku śmierci także dla jego rodziny, jak również umożliwiało udział w związkowych spotkaniach towarzyskich i uroczystościach.[28] W latach przed wybuchem I wojny światowej nad Renem i Ruhrą sukcesy odnosiło również zorganizowane na sposób wojskowy, traktowane jako związek gimnastyczny, narodowo-polskie Towarzystwo „Sokół”, liczące około 6 tys. członków. Po I wojnie światowej ruch sokoli szybko stracił wpływy, a centralny związek, któremu podlegały poszczególne gniazda, rozwiązał się w Nadrenii i Westfalii w 1927 roku. Spowodowały to dwa czynniki: po pierwsze, wielu aktywnych członków opuściło po 1918 roku Zagłębie Ruhry, po drugie, ruch sokoli tracił masowo członków na rzecz klubów piłkarskich, które od lat dwudziestych XX wieku powstawały licznie w poszczególnych miejscowościach i dzielnicach regionu.[29]

 

[22] Oenning, Ralf Karl: „Du da mitti polnischen Farben…“. Sozialisationserfahrungen von Polen im Ruhrgebiet 1918 bis 1939, Münster/New York 1991, s. 19.

[23] Peters-Schildgen, Susanne: „Schmelztiegel“ Ruhrgebiet. Die Geschichte der Zuwanderung am Beispiel Herne bis 1945, Essen 1997, s. 36.

[24] Matwiejczyk: Zwischen kirchlicher Integration, s. 31.

[25] Peters-Schildgen, Susanne: Das polnische Vereinswesen in der Kaiserzeit und in der Weimarer Republik. Ein Vergleich, w: Dahlmann i.in.: Schimanski, s. 61.

[26] Wachowiak: Polacy, s. 99.

[27] Kleßmann, Christoph: Zjednoczenie Zawodowe Polskie ZZP – polnische Berufsvereinigung und Alter Verband im Ruhrgebiet (Internationale wissenschaftliche Korrespondenz zur Geschichte der deutschen Arbeiterbewegung, R. 15. 1979, zeszyt 1), s. 69.

[28] StA Hattingen, SHC01-397, Tłumaczenia..., nr 6, rocznik 1913, 7 II 1913 r., Was lehren die christlichen Gewerkschaften den polnischen Arbeiter, w: Wiarus Polski, nr 22, 28 I 1913 r.; Wachowiak: Polacy, s. 117 i 162–163.

[29] Skrabania: Keine Polen?, s. 132–134.

Wzrastająca gotowość do integracji i sukces ekonomiczny

Niemniej jednak wielu polskich emigrantów opuszczało sieć polskich organizacji i coraz częściej wstępowało do lokalnych stowarzyszeń niemieckich. Oprócz pruskich Związków Wojackich, w których weterani pielęgnowali pamięć o służbie wojskowej i wojennej niezależnie od swego pochodzenia regionalnego, albo Bractw Różańcowych w miejscowych parafiach, od przełomu XIX i XX wieku wśród migrantów ze wschodu Prus rosnącą popularnością cieszyły się również licznie zakładane Bractwa Strzeleckie, co bardzo irytowało środowiska narodowo-polskie: „Niedawno odbywały się tu uroczystości niemieckiego albo [właściwiej mówiąc] mieszanego Bractwa Strzeleckiego, bo w tych uroczystościach wzięło udział wielu Polaków. Niepokoi mnie, kiedy muszę tu napisać, że w tych ćwiczeniach wzięli udział synowie tych rodaków, którzy chcą tu uchodzić za dzielnych Polaków. Wzięli w nich również udział starsi wiekiem Polacy. Tym bardziej smutnym jest fakt, że owymi uczestnikami a wręcz aktywnymi członkami są Polacy, którzy od 20 lat należą do polskich organizacji, a niektórzy z nich nawet zasiadają w ich zarządach”.[30] Bractwa Strzeleckie przyciągały nade wszystko młodych mężczyzn. Nie istniały takie związki o polskim profilu, dlatego nie było żadnej alternatywy dla istniejących lokalnych Bractw Strzeleckich. Tymczasem polsko-katolickie związki coraz bardziej postrzegano jako miejsca kultywowania ojczystych obyczajów i macierzystej mowy. 

Wielu Polaków z Zagłębia Ruhry odnosiło się obojętnie do sprawy narodowej, siłą napędową ich działań był awans społeczny, polepszenie sytuacji gospodarczej i nadzieja na odrobinę materialnego dobrobytu. Jeśli na przykład, obok wynajmowania lokalu mieszkaniowego na stancje, pojawiła się okazja do zwiększenia zarobków poprzez zmianę pracy, chętnie z niej korzystano. Górnośląski górnik Paweł Grzonka, który w 1906 roku przybył do Bottropu, między rokiem 1904, gdy jako 16-latek podjął pracę na kopalni „Emma” w Radlinie na Górnym Śląsku, a rokiem 1912, gdy z kopalni „Arenberg Fortsetzung” przeniósł się na stanowisko rębacza w szybie „Prosper III” w Bottropie, poprawił swoją wypłatę z 1,50 marki do 7,80 marki za szychtę – było to znaczące polepszenie dochodów, nawet biorąc pod uwagę ówczesny ogólny wzrost płac i panującą inflację.[31] Grzonka przeznaczył zarobione pieniądze na zakup mebli i dalszego wyposażenia mieszkania[32], podobnie wielu innych Polaków z Zagłębia Ruhry było dumnych z faktu, że po względnie krótkim czasie pracy w nadreńsko-westfalskim okręgu przemysłowym mogło wynająć mieszkanie i zakupić jego wyposażenie bez zaciągania kredytów.[33]

 

[30] StA Hattingen, SHC01-398, Tłumaczenia…, nr 25, rocznik 1913, 20 VI 1913 r., Aus Hörde wird uns geschrieben, w: Wiarus Polski, nr 220, 21 IX 1913 r.

[31] Żywirska, Maria (red.): Życiorysy górników, wstęp Gustaw Morcinek, Katowice 1949, s. 276–277.

[32] Tamże, s. 277.

[33] Księga rodziny Klonów / Bernard Klon o sobie, b.m.d.w., s. 5 [niepublikowane, kopia w posiadaniu autora].

Ze względu na opisane restrykcje władz pruskich w odniesieniu do nabywania nieruchomości w częściach wschodnich obszarów Prus, wielu Polaków z Zagłębia Ruhry zaczęło inwestować zaoszczędzone pieniądze w nieruchomości na obszarze nadreńsko-westfalskiego okręgu przemysłowego lub starało się osiągnąć gospodarczą samodzielność. W roku 1911 było co najmniej 130 polskich właścicieli nieruchomości w Bottropie,[34] a 36 w Gladbeck.[35] Na krótko przed wybuchem I wojny światowej ponad tysiąc nieruchomości nad Renem i Ruhrą znajdowało się w rękach Polaków z Zagłębia Ruhry.[36] Jednocześnie ponad 2 tys. Polaków prowadziło własne zakłady na tym obszarze – przede wszystkim rzemieślnicze i kupieckie, byli wśród nich rzeźnicy, piekarze, stolarze, księgarze i właściciele drukarni.[37]

Tendencje integracyjne wśród ludności polskiej z Zagłębia Ruhry wzrastały wraz z długością pobytu w tym regionie, narodzinami dzieci i rosnącą presją ze strony władz, a częściowo także presją społeczną. Częstokroć to kobiety – z reguły wywodzące się z regionów pochodzenia swoich mężów – stawały się siłą napędowej integracji. Na początku emancypowały się skutecznie na płaszczyźnie zawodowej i społecznej. Poza prowadzeniem własnego gospodarstwa domowego i wychowaniem dzieci prowadziły stancje dla około 35 tys. migrantów (w 1910 roku), przyczyniając się tym samym znacznie do zwiększenia dochodów rodzinnych. Ponadto w 1912 roku około 19 tys. polskich kobiet i dziewcząt znad Renu i Ruhry znalazło zatrudnienie m.in. jako pomoce domowe i służące, ale także w rolnictwie i przemyśle tekstylnym.[38] Bardzo często żonom i dorosłym córkom podlegało kierowanie zakładami rzemieślniczymi i usługowymi, szczególnie sklepami, posiadanymi nierzadko mimo absorbującej pracy męża w kopalni albo fabryce.[39]

 

[34] Klon, Zygmunt: Historia Rogowa nad Olzą, z. 2, Bielsko-Biała 1990, s. 28.

[35] Schmidt, Georg: Kaiser Wilhelms Gastarbeiter. Die polnischen Erwerbsauswanderer in Gladbeck während der Jahre 1874–1914, Gladbeck 1990, s. 39.

[36] Molenda, Jan: Miejsce kobiet wśród polskiego wychodźstwa w reńsko-westfalskim okręgu przemysłowym na początku XX wieku ( Przegląd Historyczny, t. LXXXVIII, 1997, z. 1) s. 124.

[37] Molenda, Jan: Das Zusammenleben von Deutschen und Polen im Rheinisch-Westfälischen Industriegebiet zu Beginn des 20. Jahrhunderts, w: Maier, Robert/Stöber, Georg (red.): Zwischen Abgrenzung und Assimilation. Deutsche, Polen und Juden. Schauplätze ihres Zusammenlebens von der Zeit der Aufklärung bis zum Beginn des Zweiten Weltkrieges, Hannover 1996, s. 200; Wachowiak: Polacy, s. 82–83.

[38] Molenda: Miejsce kobiet, s. 122.

[39] Schmidt: Kaiser Wilhelms Gastarbeiter, s. 38.

 

Na płaszczyźnie socjalnej wiele polskich kobiet z Zagłębia Ruhry wywalczyło sobie przestrzeń swobody, poza rodziną i obowiązkami domowymi, poprzez wstąpienie do lokalnych filii Bractwa Różańcowego albo Związku św. Elżbiety. Organizacje te, zwykle zakładane i wspierane przez miejscowych proboszczów, miały religijny charakter i oferowały możliwość kontaktów społecznych w ramach własnej grupy i poza nią, a tym samym otwierały perspektywę znajomości z niemieckojęzyczną społecznością kobiecą. Polskie środowiska narodowe krytykowały ostro tworzenie zwłaszcza Związków św. Elżbiety wśród kobiet polskiego pochodzenia, ale jednocześnie nie potrafiły przez długi czas znaleźć stosownej alternatywy – polsko-narodowe stowarzyszenia kobiece powstawały dopiero na krótko przed wybuchem I wojny światowej.[40]

Z biegiem czasu krytyka ze strony narodowych środowisk polskich pod adresem kobiet polskich z Zagłębia Ruhry przybrała na sile, wraz z narastającą tendencją do akulturacji z rdzennym (niemieckim) społeczeństwem, z dążeniem do awansu społecznego oraz brakiem zainteresowania sprawą narodową. „Niestety, trzeba dodać, że nasze kobiety, a szczególnie polskie dziewczęta niemal gardzą polską książką. […] Inne nie używają języka ojczystego, ponieważ są przekonane o tak zwanej niemieckiej ‘wytworności’”.[41]

Gdy w polskich środowiskach narodowych uświadomiono sobie, że tendencje do integracji i akulturacji miały wpływ również na młodsze pokolenie, krytyka wobec polskich kobiet i matek z Zagłębia Ruhry, które w świetle ideologii działaczy narodowych postrzegane były jako gwarantki trwania polskiej świadomości narodowej i dalszego istnienia narodu, stała się szorstka i ostra. „Jakże żałośnie to wygląda, gdy matka, która nie rozumie ani słowa po niemiecku, radośnie szczyci się tym, że jej dzieci rozmawiają w domu tylko po niemiecku. [Czego] należy oczekiwać od takiej rodziny, jeśli nie najmniejszej przynajmniej iskierki miłości do tego, co jest nam drogie i szlachetne? […] Siła odrodzenia narodowego zależy od dobrego wychowania dzieci“.[42]

W rzeczy samej, po trzech albo czterech dekadach od migracji, tendencje asymilacyjne i procesy akulturacyjne wśród Polaków z Zagłębia Ruhry były niewątpliwe. Wiele dzieci, a czasem nawet wnuków migrantów urodziło się już nad Renem i Ruhrą i rodzinne strony rodziców lub dziadków znali tylko z odwiedzin czy opowieści. Wedle pruskiej statystyki urodzin, do roku 1914 w rodzinach westfalskich polskiego pochodzenia przyszło na świat 79 tys. dzieci,[43] ale faktyczna ich liczba, w kontekście przywołanych powyżej problemów ze statystykami pruskimi, mogła być o wiele wyższa. Z biegiem czasu, w obliczu zmniejszających się realnych szans na powrót do ojczyzny, liczni Polacy z Zagłębia Ruhry nastawili się na pozostanie na zachodzie Niemiec i podejmowali działania zmierzające w tym kierunku. Wpłynęło to m.in. negatywnie na zdolności językowe następnych pokoleń, co wywoływało niemalże wściekłość działaczy narodowych: „Wiemy, że wraz z zanikaniem języka upada także naród. […] Wie o tym każdy Polak, a mimo to – jakże wiele tysięcy polskich dzieci wynarodawia się z roku na rok. Słusznie narzekamy na ucisk ze strony Prusaków, wskazujemy na barbarzyńskie żądania polakożerców. Ale jeszcze większymi wrogami stali się ci polscy rodzice, którzy godzą się na zniemczenie swoich dzieci.”[44]

 

 

[40] Puhl, Bertinus: Die polnischen Vereine im rheinisch-westfälischen Industriegebiet und die katholischen Seelsorger, Freiburg i. Br. 1918 (Kirche und Religion im Revier. Beiträge und Quellen zur Geschichte religiöser und kirchlicher Verhältnisse im Werden und Wandel des Ruhrgebiets, 1968), s. 48; StA Hattingen, SHC01-397, Tłumaczenia…, nr 11, rocznik 1913, Wychowanie dzieci – Niemieckie książki – Związki św. Elżbiety, w: Narodowiec, nr 57, 10 III 1914 r.

[41] StA Hattingen, SHC01-395, Tłumaczenia…,Bericht über den Verlauf der am 27. April 1913 in Dortmund, Hirtenstr. 17, im Saale des Wirts Tobien stattgefundenen öffentlichen Polenversammlung.

[42] Stadtarchiv Hattingen; SHC01-398 Polnischer Wahlverein 1911–1928; Odpis, Tłumaczenia…, nr 24, rocznik 1911 z 9 VI 1911 r., Denken wir an unsere Kinder!, w: Postęp, nr 130, 9 VI 1911 r.

[43] Wachowiak: Polacy, s. 36.

[44] StA Recklinghausen, Tłumaczenia…, nr 5, rocznik 1910, Wer gräbt Polen das Grab?, w: Wiarus Polski, nr 25, 1 II 1910 r., k. 215–216.

Reemigracja do nowo powstałego państwa polskiego – między udaną reintegracją a rozczarowaniem

Kiedy po zakończeniu I wojny światowej w 1918 roku odrodziło się państwo polskie, rozpoczęła się fala powrotów na niemal w całości znajdujące się pod polskim panowaniem regiony ojczyste Polaków z Zagłębia Ruhry. Objęły one około jednej czwartej polskiej populacji, która w poprzednich dekadach wywędrowała nad Ren i Ruhrę, zatem około 150 tys. osób. Wielu powracających, w nastroju powszechnej euforii, wypowiadało pracę i rezygnowało z mieszkań. Wiele osób nie zdawało sobie sprawy z faktycznej sytuacji w powstającym państwie polskim, ufając zanadto obietnicom polskich działaczy narodowych, którzy przez poprzednie dziesięciolecia budzili nadzieję na gospodarczo dobrze prosperującą Polskę, w której powracającym Polakom z Zagłębia Ruhry przypaść miała wiodąca rola. Rzeczywistość była w wielu przypadkach inna: na wielu Polaków z Zagłębia Ruhry czekało w Polsce nie tylko bezrobocie i problemy mieszkaniowe, ale także niechęć ze strony rdzennej ludności względnie osób napływających z innych części kraju, którzy Polaków znad Renu i Ruhry postrzegali jako konkurentów w zabiegach o ograniczoną liczbę miejsc pracy i mieszkania. Rząd polski był świadomy istniejących problemów i próbował m.in. za pośrednictwem konsulatu w Essen kontrolować proces powrotów, by pomniejszyć ich skalę, także z tej przyczyny, aby stworzyć przeciwwagę dla licznej mniejszości niemieckiej w Polsce – w ten sposób Polacy z Zagłębia Ruhry stali się zakładnikami wielkiej polityki.[45]

Tymczasem wieści o sytuacji w Polsce, zaczerpnięte na spotkaniach informacyjnych bądź przesłane przez tych, którzy powrócili, do swoich krewnych, znajomych i sąsiadów nad Renem i Ruhrą, doprowadziły do zahamowania tendencji powrotnych.[46] W celu ujęcia procesu powrotów do Polski lub pozostania w Niemczech w uregulowane, akceptowane międzynarodowo ramy oraz dla zapewnienia powracającym gwarancji prawnych, zdecydowano o przyjęciu postępowania opcyjnego. W artykułach 91 i 278 traktatu wersalskiego ustanowiono podstawę prawną opcji państwowej i obywatelstwa. Możliwość opcji miała wygasać 22 stycznia 1922 roku.[47] Po skorzystaniu z opcji na rzecz powrotu do Polski optanci mieli dwanaście miesięcy na opuszczenie Niemiec, potem mogło dojść do przymusowego wydalenia. Rzeczy osobiste można było przewozić przez granicę bezcłowo, własność nieruchomości można było zachować. Jeśli dana osoba uprawniona do optowania nie skorzystała z możliwości opcji i pozostała w Niemczech stawała się automatycznie obywatelem niemieckim, gdy jednak nie optując przenosiła się do Polski i otrzymywała obywatelstwo polskie, traciła przysługujące mu prawa, między innymi uprawnienia emerytalne.[48] Ze względu na niezachowanie archiwaliów konsulatu w Essen trudno ustalić liczbę osób, które skorzystały z prawa opcji, ale szacuje się, że decyzja o opcji dotknęła nie więcej niż 75 tys. osób – uprawnionych do opcji wraz z członkami ich rodzin.[49]

Siłą napędową, która popychała do decyzji o powrocie do Polski, była często rozbudzona w Zagłębiu Ruhry świadomość narodowa. Niemniej nie gwarantowała ona w żadnym razie udanego i trwałego powrotu do Polski. Na podstawie konkretnych przebadanych przykładów można wskazać następujące czynniki, które musiały zostać spełnione, aby powrót mógł być udanym. 1. Niezależność gospodarcza: osoby powracające były przynajmniej w pierwszych latach po powrocie do Polski zabezpieczone finansowo dzięki oszczędnościom. 2. Posiadanie nieruchomości: powracający posiadali na własność zakupione lub odziedziczone dom i/lub gospodarstwo rolne, dzięki czemu nie byli uzależnieni od przydziału lokali mieszkaniowych przez władze komunalne. 3. Samodzielna aktywność, dzięki posiadaniu roli albo bydła i/lub (jednoczesnej) działalności w kopalni (na Górnym Śląsku) lub zakładzie przemysłowym, w handlu albo rzemiośle względnie na służbie państwowej (np. w policji). 4. Powiązania społeczne, np. struktury rodzinne lub sąsiedzkie, które oferowały wsparcie i ochronę.[50]

Jeśli nie występowały te czynniki, pojedynczo lub łącznie, mogło zdarzyć się tak, że wskutek bezrobocia i zubożenia następowało zachwianie rozwiniętej uprzednio świadomości narodowej, co w skrajnym przypadku prowadziło do ponownej emigracji do zachodnich Niemiec, a częściowo do wyjazdów do okręgów przemysłowych w Belgii, Francji albo Holandii. Czasami z powodu ogólnego rozczarowania sytuacją zastaną w Polsce pisano do byłych sąsiadów w Zagłębiu Ruhry pełne goryczy listy: „[...] ach żebym mogła to bym najchętnie z powrotem do Kielna jechała, ślingiem mam myśli do Kielna ja się to już niemogę wieny sykować nima jak wtecham strunach […]. Wiencz jak jeno panu moge radzić to niech tam państwo pozostaje i pracuje dali, i niech nie byndzie taki zatwardziały polak jak dródzy beli bo ci to polaczy sobie stakie wcalie nicz nie robium […] to wsyzstko chodyi takie smutne uni sie syzscz pomylili stum polskum […]”.[51]

 

[45] Piotrowski, Mirosław: Reemigracja Polaków z Niemiec 1918–1939, Lublin 2000, s. 134–137 i 169–170.

[46] Tamże, s. 118.

[47] Tamże, s. 8–9.

[48]Tamże, s. 117–118 i 297–298.

[49]Tamże, s. 293.

[50] Skrabania: Keine Polen?, s. 176.

[51] Cyt. za: Piotrowski: Reemigracja, s. 203. Kieln – Kolonia (niem. Köln). Tekst gwarowy, autorki zapewne pochodzącej spod Bydgoszczy.

Młode państwo polskie, od samego początku zaangażowane w liczne konflikty zbrojne, dążące do zjednoczenia trzech byłych części rozbiorowych, nie potrafiło spełnić oczekiwań wielu powracających Polaków z Zagłębia Ruhry.

Wielu tamtejszych Polaków, którzy w zasadzie pragnęli powrotu do Polski, poszło jednak drogą tych rodaków, którzy przed dziesięcioleciami wkroczyli na drogę integracji – pogodzili się z sytuacją w Niemczech i zintegrowali się z tutejszym społeczeństwem. W pewnej mierze przyczyniła się do tego także rosnąca presja polityczna i społeczna spowodowana społecznymi konsekwencjami konfliktów granicznych między Polską a Niemcami, plebiscytów w Warmii i Mazurach oraz na Górnym Śląsku, jak również od 1923 roku okupacji Zagłębia Ruhry przez Francję, sojusznika Polski. Inni z kolei wykorzystali nadarzającą się okazję i w latach dwudziestych XX wieku przenieśli się do Francji, Belgii albo Holandii. Tylko kilka tysięcy świadomych narodowo Polaków z Zagłębia Ruhry, którzy pozostali w Westfalii, przeciwstawiło się powszechnej presji i trwało we własnych strukturach organizacyjnych, jak na przykład w założonym w 1922 roku w Berlinie Związku Polaków w Niemczech, który posiadał w Bochum władze regionalne. Dla czołowych działaczy polskich organizacji mniejszościowych ich działalność stała się przyczyną zguby jesienią 1939 roku – zostali aresztowani i osadzeni w obozach koncentracyjnych, których wielu z nich nie przeżyło.[52] Jednak większość Polaków z Zagłębia Ruhry, którzy pozostali nad Renem i Ruhrą, zasymilowała się w okresie międzywojennym ze społeczeństwem Zagłębia, ukształtowanym jako zlepek migrantów z różnych regionów Niemiec i Europy.

 

David Skrabania

Mediateka

Ilustracje
PDF

udział

Krzyż przykościelny znajdujący się po prawej stronie od wejścia głównego do kościoła pw. Św. Marii Magdaleny w Radlinie II (Wodzisław Śląski, niem. Loslau), fundowany przez pochodzących.
Krzyż przykościelny znajdujący się po prawej stronie od wejścia głównego do kościoła pw. Św. Marii Magdaleny w Radlinie II
Krzyż przykościelny znajdujący się po prawej stronie od wejścia głównego do kościoła pw. Św. Marii Magdaleny w Radlinie II (Wodzisław Śląski, niem. Loslau), fundowany przez pochodzących.
Krzyż przykościelny znajdujący się po prawej stronie od wejścia głównego do kościoła pw. Św. Marii Magdaleny w Radlinie II (Wodzisław Śląski, niem. Loslau), fundowany przez pochodzących z parafii Westfalczyków
Cokół krzyża kościoła pw. Św. Marii Magdaleny w Radlinie II (Wodzisław Śląski, niem. Loslau)
Krzyż przykościelny znajdujący się po prawej stronie od wejścia głównego do kościoła pw. Św. Marii Magdaleny w Radlinie II (Wodzisław Śląski, niem. Loslau), fundowany przez pochodzących z parafii Westfalczyków
Polska grupa teatralna z tablicą (napis: Z Teatru Polskiego z Husen dnia 23.3. roku 1919), oznaczona: Wiktoria Wasielewska
Polska grupa teatralna
Polska grupa teatralna z tablicą (napis: Z Teatru Polskiego z Husen dnia 23.3. roku 1919), oznaczona: Wiktoria Wasielewska
Wezwanie agenta na Mazurach z roku 1887 w celu naboru do pracy w górnictwie
Wezwanie na Mazurach
Wezwanie agenta na Mazurach z roku 1887 w celu naboru do pracy w górnictwie
Sztandar polsko-katolickiego stowarzyszenia górników w Eving (dzielnica Dortmundu) z 1898 roku, patronka: Święta Barbara – motto: „Święta Barbaro, módl się za nami”
Sztandar polsko-katolickiego stowarzyszenia górników w Eving, przód
Sztandar polsko-katolickiego stowarzyszenia górników w Eving (dzielnica Dortmundu) z 1898 roku, patronka: Święta Barbara – motto: „Święta Barbaro, módl się za nami”
Sztandar polsko-katolickiego stowarzyszenia górników w Eving (dzielnica Dortmundu) z 1898 roku, patronka: Święta Barbara – motto: „Święta Barbaro, módl się za nami”
Sztandar polsko-katolickiego stowarzyszenia górników w Eving, tył
Sztandar polsko-katolickiego stowarzyszenia górników w Eving (dzielnica Dortmundu) z 1898 roku, patronka: Święta Barbara – motto: „Święta Barbaro, módl się za nami”
Pocztówka z Pierwszego Zjazdu Polaków z Westfalii i Nadrenii w Bochum w 1935 r.
Pocztówka z Pierwszego Zjazdu Polaków z Westfalii i Nadrenii w Bochum w 1935 r., przód
Pocztówka z Pierwszego Zjazdu Polaków z Westfalii i Nadrenii w Bochum w 1935 r.
Pocztówka z Pierwszego Zjazdu Polaków z Westfalii i Nadrenii w Bochum w 1935 r.
Pocztówka z Pierwszego Zjazdu Polaków z Westfalii i Nadrenii w Bochum w 1935 r., tył
Pocztówka z Pierwszego Zjazdu Polaków z Westfalii i Nadrenii w Bochum w 1935 r.
Sztandar Bractwa Rożancowego Św. Niewiast w Suderwich, założonego 1 sierpnia 1906 roku, patron: św. Józef – motto: „Módl się za nami”.
Sztandar Bractwa Rożancowego Św. Niewiast w Suderwich, przód
Sztandar Bractwa Rożancowego Św. Niewiast w Suderwich, założonego 1 sierpnia 1906 roku, patron: św. Józef – motto: „Módl się za nami”.
Sztandar Bractwa Rożancowego Św. Niewiast w Suderwich, założonego 1 sierpnia 1906 roku, patron: św. Józef – motto: „Módl się za nami”.
Sztandar Bractwa Rożancowego Św. Niewiast w Suderwich, tył
Sztandar Bractwa Rożancowego Św. Niewiast w Suderwich, założonego 1 sierpnia 1906 roku, patron: św. Józef – motto: „Módl się za nami”.
Sztandar Koła Śpiewu „Mickiewicz” w Oberhausen, założonego 30 maja 1898 roku, napis na odwrocie: „Cześć Pieśni”
Sztandar Koła Śpiewu „Mickiewicz” w Oberhausen, 1898 r., przód
Sztandar Koła Śpiewu „Mickiewicz” w Oberhausen, założonego 30 maja 1898 roku, napis na odwrocie: „Cześć Pieśni”
Sztandar Koła Śpiewu „Mickiewicz” w Oberhausen, założonego 30 maja 1898 roku, napis na odwrocie: „Cześć Pieśni”
Sztandar Koła Śpiewu „Mickiewicz” w Oberhausen 1898 r., tył
Sztandar Koła Śpiewu „Mickiewicz” w Oberhausen, założonego 30 maja 1898 roku, napis na odwrocie: „Cześć Pieśni”
Karta legitymacyjna Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” Ludwika Najdeckiego z Herne, oddział Eickel II i Holsterhausen, przyjętego do stowarzyszenia 3 kwietnia 1921 roku, z pieczęcią
Karta legitymacyjna Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” Ludwika Najdeckiego
Karta legitymacyjna Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” Ludwika Najdeckiego z Herne, oddział Eickel II i Holsterhausen, przyjętego do stowarzyszenia 3 kwietnia 1921 roku, z pieczęcią
Karta legitymacyjna Związku Polaków w Niemczech Ludwika Najdeckiego z 1929 roku, powiat Gelsenkirchen, oddział Wanne-Eickel II, z pieczęcią
Karta legitymacyjna Związku Polaków w Niemczech Ludwika Najdeckiego
Karta legitymacyjna Związku Polaków w Niemczech Ludwika Najdeckiego z 1929 roku, powiat Gelsenkirchen, oddział Wanne-Eickel II, z pieczęcią
Karta legitymacyjna Związku Polaków w Niemczech Józefa Najdeckiego z 1923 roku, powiat Gelsenkirchen, oddział Wanne-Eickel II, z pieczęcią
Karta legitymacyjna Związku Polaków w Niemczech Józefa Najdeckiego
Karta legitymacyjna Związku Polaków w Niemczech Józefa Najdeckiego z 1923 roku, powiat Gelsenkirchen, oddział Wanne-Eickel II, z pieczęcią
Śpiewnik Górniczy, wydany przez Oddział górników Zjednoczenia Zawodowego Polskiego w Bochum
Śpiewnik Górniczy
Śpiewnik Górniczy, wydany przez Oddział górników Zjednoczenia Zawodowego Polskiego w Bochum
Raport o stanie ruchu polskiego w zagłębiu przemysłowym nad Renem i Ruhrą , 1912 r.
Bericht über den Stand der Polenbewegung in Rheinland und Westfalen und anderen Gebieten des Deutschen Reiches und des nahen Auslands im Jahr 1912, Verfasser: Bochumer Polizeipräsident Gerstein.